Starożytna Gruzja według opisów greckich składała się z dwóch państw: Kolchidy i Iberii. To właśnie do Kolchidy, według greckiego mitu, wypłynęła z Tessalii wyprawa Argonautów po złote runo. Pamiętam, że był to jeden z moich ulubionych mitów a poruszająca historia miłości Jazona i czarodziejki Medei, córki władającego Kolchidą króla Ajetesa, tak wspaniale opisana przez Eurypidesa, do którego tragedii Eleni Karaindrou dodała współcześnie niezwykłą muzykę, na długo została w mojej pamięci. Jedziemy więc po złote runo i na spotkanie z czarodziejskimi kobietami.

Mówi się o projekcji jako o mechanizmie obronnym, który chroni tożsamość jednostki przed niechcianymi przez nią aspektami siebie. Dokonuje się to poprzez rzutowanie na zewnątrz (głównie na inne osoby) nieakceptowanych części siebie – na przykład agresji. Ale dobrze jest pamiętać, że istnieje też inny rodzaj projekcji, który również chroni jednostkę przed trudnymi aspektami siebie ale w inny sposób. To projekcja deficytu – stwarzamy w wewnętrznej narracji (którą możemy rzutować inną narracją na zewnątrz) postać, której w nas nie ma, a która, gdyby istniała, chroniłaby nas przed pewnymi stanami psychicznymi. Dotyczy to na przykład postaci obdarzonych wszechmocą, których istnienie chroni nas przed trudnym do zniesienia poczuciem ontologicznej bezradności i małości. Ten typ projekcji jest podstawą tworzenia na przykład religii.

Początek nie jest zły, na lotnisku żadnych formularzy wjazdowych, sprawdzanie ograniczone do minimum, jestem mile zaskoczony bo wygląda, że papierologia i biurokracja została bardzo ograniczona w tym kraju w odróżnieniu od innych postsowieckich republik. W kantorze wymiana pieniędzy też bez dokumentów – oddycham z ulgą. Ale Dzień Dziecka nie trwa wiecznie, najpierw okazuje się, że kupując bilet kolejowy muszą mnie spisać z paszportu a potem ta kuriozalna sytuacja w metrze. Żeby nim się przejechać muszę wykupić kartę za dwa lari (trzy złote), kiedy już mi nie jest potrzebna mogę ją zwrócić i odzyskać swoje pieniądze. Jednak nie jest to takie proste, Pani musi mnie spisać z paszportu, wypełnić dwa lub trzy druczki, muszę mieć też paragon pierwszego doładowania karty. Po dziesięciu minutach ludzie w kolejce za mną chcą mi już przegryźć tętnicę szyjną – i słusznie – ale jeszcze muszę podpisać dwa kwity (dalsze pięć minut).

Kraj o bardzo skomplikowanej historii i dużym braku bezpieczeństwa od czasu odzyskania niepodległości. Sąsiedztwo Rosji, która oderwała od Gruzji Abchazję i Osetię Południową oraz krótka ale niezwykle traumatyczna wojna z 2008 roku, która zostawiła głębokie ślady w psychice ludzi, sprawiają, że nigdy nie wiadomo, co się tu może zdarzyć. Trauma wojenna z tamtego czasu, z którą musimy się niespodziewanie mierzyć już pierwszego dnia naszych warsztatów w Gori polega na tym, że nikt się nie spodziewał tego, co się stało. Agresja rosyjska miała się szybko zakończyć a spowodowała falę uchodźców z rejonów przygranicznych i całkowicie nieoczekiwane bombardowania Gori – miasta urodzin Stalina – które jeszcze dzisiaj, po dziewięciu latach, śnią się wielu ludziom. Istniało ponadto kolejne duże niebezpieczeństwo – Gori leży tylko godzinę drogi od Tbilisi, tylko chwila i stolica mogłaby zostać łatwo zajęta a wtedy cała Gruzja mogłaby stać się Osetią Południową.

Trauma jest tutaj tym większa, że Gruzja to kraj silnych ludzi – na dobre i na złe. Dotyczy to zarówno mężczyzn jak i kobiet, choć oczywiście ta siła każdej płci inaczej się manifestuje. Ale okazywanie emocji nie jest tu łatwe, szczególnie tych bardziej „miękkich”.

Zagadnienie prawdy i prawdziwości niezwykle bulwersuje czytelników mojego Traktatu o psychoterapii, który właśnie ukończyłem. Definicja Hansa Veihingera, która stanowi jedną z podstaw mojego wywodu: „Prawda to najbardziej wygodnym i użytecznym błędem” budzi ogromny sprzeciw. Wcale mnie to nie dziwi, w końcu zburzony zostaje w ten sposób jeden z najważniejszych fundamentów ludzkiego poczucia bezpieczeństwa. Chociaż z drugiej strony stale obecna w różnych kulturach postać trickstera zdaje się pokazywać, że narracja prawdy, która nie jest stała, niepodważalna i jedyna, lecz która może być równocześnie czymś do siebie odwrotnym, funkcjonowała od zawsze jako jeden z ważnych elementów ludzkiej rzeczywistości psychicznej. Ale oczywiście, co zabawne, kiedy to samo mówi Niels Bohr: “Z prostą prawdą do czynienia mamy wtedy, gdy jej przeciwieństwo stanowi fałsz. Z prawdą głęboką natomiast spotykamy się, gdy jej przeciwieństwem jest również prawda”, brzmi to dla wielu ludzi o wiele bardziej przekonująco. Chociaż z drugiej strony to oczywiste, przecież ufamy bardziej fizykom niż filozofom.

Supra to rodzaj tutejszej biesiady, odmiana sympozjonu, gdzie się dużo i długo je oraz pije. Ważny element tutejszej kultury i obyczajowości, a także przestrzeń, w której załatwia się wszystkie biznesy. Inaczej niż u nas, gdzie „ucztuje się” lub opija dopiero po załatwieniu interesów. Gruzini mówią, że jest to rodzaj podkreślenia wagi relacji, co pozwala na łatwiejsze rozwiązywanie ewentualnych konfliktów podczas dogadywania interesów. Pewnie jest w tym coś z prawdy ale trochę nie chce mi się w to wierzyć i trąci mi to nieco manipulacją, bo równocześnie mówią, że gość (szczególnie zagraniczny) ma gorzej, bo nie zna tych co Gruzini metod utrzymywania trzeźwości. Myślę, że poza tym podczas uczty i przy alkoholu łatwiej jest przepychać siebie (i innych) przez różne progi, podejmować decyzje nie w pełni świadomie, co nieuchronnie musi powodować, że następnego dnia rano musi się pojawiać złość na siebie lub na innego uczestnika supry za konsekwencje podjętych decyzji. Moją nieufność zwiększa też historia przytoczona przez jednego z moich rozmówców. Po jednym z takich biznesowych spotkań pewien Amerykanin miał ponoć powiedzieć: „My jesteśmy superpower ale wasza suprapower jest znacznie większa”.
Chyba wolałbym zachować suprę w jej wersji sympozjonu.

Zawsze bawią mnie i zadziwiają przesunięcia geograficzno-narodowe w odniesieniu do nazw, choć przy odrobinie refleksji mechanizm tego zjawiska jest oczywisty. Karaluchy jako „prusaki” bądź „francuzy” to oczywiście kwestia kto kogo chce obrazić lub też historycznie zmiennych profrancuskich bądź proniemieckich postaw. Inny mechanizm pokazuje kto pierwszy wprowadził na przykład daną rzecz do kraju (klucz francuski). Aborygeni australijscy chcąc określić nasycenie techniką używają sformułowania „toyota dreaming” (śnienie toyoty), bo takie właśnie auto, gdy zobaczyli je po raz pierwszy, uczynili symbolem techniki. Stąd też, kiedy ktoś ma przy sobie dwie komórki, laptopa, aparat fotograficzny i kilka innych tego typu gadżetów, byłby określony przez Aborygenów jako osoba, która ma sobie wiele „toyota dreaming”. A w Gruzji orzechy włoskie nazywają się orzechy greckie.

A jak już jesteśmy przy nazwach i polityce, to przypomina mi się anegdota o brytyjskim premierze Davidzie Lloyd George’u, który na konferencji wersalskiej w 1919 roku pomylił podobno Gruzję z tak samo brzmiącym po angielsku (Georgia) amerykańskim stanem.

Stosunek miejscowych ludzi do turystów jest różny, jak na całym świecie, natomiast stereotyp o nadzwyczajnej gościnności Gruzinów wydaje się być w tej chwili nieco przesadzony. Spotykam się oczywiście z wieloma przejawami sympatii ale też pani sprzedająca buty na bazarze odwraca się i odchodzi bez odpowiedzi, gdy pytam ją o drogę, facet drze się na mnie, gdy nie orientuję się czy podana cena owoców jest za sztukę czy za kilogram a kelnerki okazują jawnie swoje niezadowolenie, gdy dopytuję się, co konkretnie znajduje się w danej potrawie. Jak każdy tego typu stereotyp – pomija wiele istotnych elementów. Jest całkowicie normalne i oczywiste, że w kraju, gdzie jest ogromne bezrobocie turysta jest dostarczycielem pieniędzy i każdy wyczuwa czy ten konkretny jest „nadziejny” w tym wymiarze czy mnie, podobnie jak w większości krajów postsowieckich (i nie tylko) „pozycjonowanie się”, reagowanie na okazywane sygnały siły lub jej braku i wiele innych elementów strukturalizuje relację do turysty. Niewątpliwie dzieje się też tak, że gdy jesteś „swój”, kiedy ktoś Cię wprowadza do domu, przedstawia, wtedy serce Gruzinów i Gruzinek natychmiast staje się bardzo szeroko otwarte.

To bardzo dziwne uczucie prowadzić zajęcia dla ludzi mówiących w języku, z którego nie tylko nic nie rozumiemy ale też nie mamy nawet żadnych skojarzeń, co dane słowo mogłoby w ogóle oznaczać. A taki jest właśnie język gruziński, przedziwny i bardzo piękny nie tylko w piśmie ale też w wymowie. Przynależy praktycznie jako jedyny (w Gruzji jest 14 z 18 dialektów z tej grupy) do kartwelskiej grupy języków zakaukaskich, i wyodrębnił się prawdopodobnie w II tysiącleciu p.n.e. Alfabet gruziński jest jednym z 14 istniejących dziś alfabetów i nie da się go porównać z żadnym innym na świecie.
W trakcie „klasycznych” elementów warsztatów nie stanowi to jeszcze tak dużego problemu, choć kontakt z uczestnikami jest utrudniony z racji na konieczność tłumaczenia ale radzimy sobie tym bardziej, że część osób mówi po rosyjsku. Ale w wypadku prowadzenia procesu grupowego, gdzie interakcje między ludźmi są szybkie i bardzo emocjonalne tłumaczenie daje radę tylko częściowo, trzeba się więc „przełączać” na sygnały niewerbalne i odczuwanie emocjonalnej atmosfery. Trochę podobnie jak podczas procesów grupowych, które prowadziliśmy w Ekwadorze ale jednak dużo trudniej. Poziom komplikacji jest chyba tym większy, że tutejsza emocjonalność wyraża się inaczej niż na przykład u nas – jest bardziej ukryta. To różnica trochę podobna do preferowania komunikacji wprost w kulturze zachodnioeuropejskiej i robienie tego „okrężną drogą” w kulturze chińskiej.

Od dawna już mam poczucie, że antropologia kulturowa jest znacznie ciekawsza niż psychologia a kontakt z innymi kulturami (nie tylko książkowy) powinien stać się jednym z podstawowych elementów kształcenia psychoterapeutycznego. Pamiętam jak dawno temu, jeszcze jako nie psycholog przeczytałem, co mnie mocno zdziwiło i zastanowiło, że w sytuacjach, gdzie my odczuwamy poczucie winy, na przykład Indianie Nawajo odczuwają wstyd. Potem z książki Ruth Benedict dowiedziałem się o jej podziale na kultury winy (na przykład judeochrześcijańska) i kultury wstydu (na przykład japońska). Ale różnicę między położeniem akcentu na oceniające oko wewnętrzne (wina) a na krytyczne oko zewnętrzne (wstyd) pojąłem chyba dopiero podczas pobytu w Japonii.

Banalne jest stwierdzenie, że każda grupa, w której prowadzimy zajęcia jest inna. W gruzińskiej grupie zwraca uwagę sposób, w jaki wykonują ćwiczenia w dwójkach. Instrukcja jest taka, że tego typu ćwiczenia wykonuje najpierw jedna osoba a druga jej w tym towarzyszy i pomaga, a potem następuje zmiana ról. Tutaj natomiast uczestnicy wykonują to jeszcze inaczej – uzupełniają o dodatkowy, „własny” punkt – zanim rozpocznie się praca w dwójce najpierw każda osoba robi to ćwiczenie indywidualnie.

Kierowcy w Gruzji to osobny temat. Tak jak w wielu krajach Ameryki Południowej czy Azji na drogach zasadniczo obowiązuje reguła: racja jest zawsze po stronie większego a każdy samochód ma na jezdni bezwzględnie większe prawo niż pieszy. Tutaj występuje dodatkowo jeszcze jedna zasada – jako pieszy nie próbuj zwracać uwagi kierowcy na swoje prawa, bo narazisz się na wybuch dużej złości.

Trenuję w Gruzji bezpardonowe wyrażanie męskiej siły. W wielu sytuacjach podczas kontaktów z mężczyznami okazywanie uprzejmości jest traktowane jako słabość, zasada, że wygrywa ten, kto pokazuje większą siłę i brak strachu, ma tutaj duże zastosowanie. Z jednej strony można myśleć o tym w kategoriach osobowości autorytarnej, dość charakterystycznej dla krajów postsowieckich, ale z drugiej – czy nie jest to w jakiś sposób bardziej jasna i jednoznaczna reguła postępowania? Z pewnego punktu widzenia pozycjonowanie się mężczyzn wobec siebie w bardziej „wyrafinowany” sposób, z czym mamy do czynienia w innych krajach bardziej „poprawnych politycznie” sprawia, że relacje między nimi są jeszcze bardziej zakręcone. W końcu w psychologii mówimy o potrzebie świadomego używania własnej rangi.

W pracy z naszą grupą zagadnienie rang i przywilejów, sygnałów rangi i systemów pozycjonowania ludzi w ich kraju wzbudza duże emocje, są gniewni i poruszeni, że tak się dzieje. Ale też nie widzą, jak zresztą większość ludzi w każdym kraju, jak nieświadomie sami wspierają tę hierarchizację. We wszystkich miejscach na świecie, w których byliśmy, napotykamy na ten problem i, prawdę mówiąc, nie bardzo wiem, co można by z tym zrobić. Angielskie powiedzenie Someone has to be the bottom of the pile, psychologicznie i społecznie odwzorowuje biologiczne myślenie o kolejnych, coraz odleglejszych ogniwach łańcucha pokarmowego. Może więc po prostu, bez nadmiernych złudzeń i nadziei, musimy uznać, że bardzo powolne odchodzenie od tego rodzaju myślenia wyznacza kolejne etapy naszej bardzo długiej drogi do rzeczywistego a nie nominalnego stawania się homo sapiens?

Z Polaków najbardziej znaną i popularną osobą w jest Lech Kaczyński, a to z powodu jego przylotu do Gruzji w trakcie krótkiej wojny z Rosją w 2008 roku i wspólnych z prezydentami innych krajów akcji mentalnego i politycznego wsparcia dla Gruzinów. Ma on swoje ulice między innymi w Tbilisi, Batumi czy Gori. Ale gdy stoję na ulicy Marii i Lecha Kaczyńskich w niedalekiej odległości od głównej w Gori Alei Józefa Stalina, to myślę, że czasem popularność może przejawić się w sposób, którego osoba popularna prawdopodobnie wcale by nie chciała.

Postać Stalina w Gori – ogromny temat. Gori – miasto urodzin Wodza – to średniej wielkości, dość zaniedbane miasto leżące osiemdziesiąt kilometrów od Tbilisi, w okolicy wspaniałe Uplisciche – skalne miasto z zamierzchłej przeszłości, do którego przyjeżdżają turyści po odbyciu wizyty w głównej atrakcji Gori – Muzeum Stalina. Muzeum, które zostało otwarte w 1937 roku jest również swojego rodzaju „skalnym miastem z zamierzchłej przeszłości”, reliktem dawnych czasów. W ostatnich latach wielokrotnie miały miejsce protesty i postulaty, żeby muzeum w ogóle zamknąć lub przynajmniej uzupełnić o mniej przyjemne aspekty działalności bohatera, jednak nikt nie odważył się tego ostatecznie zrobić. Politycy musieli chyba wziąć pod uwagę starsze pokolenie, wśród którego Josef Wissarionowicz cieszy się nadal dużym szacunkiem. „Była praca dla wszystkich, kraj był potężny, każdy wiedział, co ma robić – a teraz?” – mówią. Samo muzeum jest imponującą budowlą – zamek z wielką wieżą, przed którym stoi pomnik łagodnie wyglądającego wodza; obok budynku stoi wagon, w którym podróżował (na przykład na konferencję jałtańską) bo bał się latać samolotem. Ze względów ideologicznych oglądam wszystko tylko z zewnątrz.
Ale najlepszy trick tej historii jest w innym miejscu, do muzeum prowadzi bulwar pełen kwiatów, fontann, przytulnych ławeczek, gdzie mieszkańcy chętnie przychodzą z dziećmi, żeby się bawić, jeść i spotykać wieczorem ze znajomymi. Bo też w tym nieco zaniedbanym mieście, gdzie dominuje styl lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku jest to bez wątpienia jedna z najładniejszych jego części. Atmosfera pikniku, miłe miejsce, do którego ludzie wracają, żeby spotkać się z przyjaciółmi, odbyć randkę, czy po prostu posiedzieć z braku lepszych atrakcji. Jest też mały „domek szewca”, ojca Stalina, specjalnie zakonserwowany, gdzie narodziło się Słoneczko Wszechrosji. Wszystko tchnie łagodnością i dobrocią tego człowieka. Tak jak w tym żarcie o Stalinie, który potrącony przez dziecko tylko się uśmiechnął i pogroził palcem.
A mógłby przecież zabić!

A w jednej z głównych knajp w mieście jest dla gości specjalna sala jadalna, sala Stalina z jego portretami, popiersiami i pamiątkami.

Jednym z największych problemów, z którymi człowiek musi sobie poradzić to refleksja, że wydarzenia w świecie i w rzeczywistości psychicznej człowieka (o ile w ogóle można zrobić takie rozróżnienie) wyglądają na powtarzalne. Powtarzalność zdarzeń czy doświadczeń jest przedmiotem ludzkiego niepokoju, bo nie wiadomo czy coś za tym stoi czy też nie. A jeżeli stoi to co? Bóg, los, natura, mit, jakaś inna matryca dowolnego rodzaju? Człowiek musi zbudować sobie konkretną narrację tłumaczącą to doświadczenie inaczej ląduje w psychicznym miejscu, gdzie domniemana uporządkowana struktura nie ma swojego uzasadnienia. Zaś od istnienia uporządkowanych i uzasadnionych struktur łatwo już jest przejść do przekonania, że owa uzasadniająca matryca porządkuje również inne doświadczenia albo też, że istnieje jakaś inna, jeszcze nieodkryta, matryca porządkująca świat czy życie człowieka. Zdajemy się jednak zapominać, że powtarzalność doświadczeń czy zdarzeń przynależy w istocie już do pewnej narracji opartej na przybliżeniach, to znaczy akcentującej pewne elementy ludzkiego doświadczenia a eliminujących inne. Gdyby przyjąć inną narrację to wschody słońca nie byłyby powtarzalnymi zdarzeniami (różniłyby się od siebie na zbyt wiele różnych sposobów) tak jak nie istniałyby dwa takie same bóle głowy. Można by więc przyjąć, że kłopot poradzenia sobie z zagadka powtarzalności jest w istocie pułapką umysłu, który najpierw tworzy narrację powtarzalności a następnie próbuje ją rozwikłać szukając rozwiązania poza sobą. Tę kwestię pięknie zilustrował Gregory Bateson pokazując to na przykładzie prób poszukiwania przez umysł powtarzalności w odniesieniu do kolejnych kawałków widocznych w danym momencie ciągów liczbowych.

Skrócona wersja rozumowania Batesona.
Załóżmy, że otrzymacie szereg liczb wraz z założeniem, że jest to szereg uporządkowany. Na przykład taki:
1, 2, 3,
Gdy zapytam Was jaka będzie następna liczba w tej serii zapewne wybierzecie najprostsze rozwiązanie i odpowiecie, że 4.
Ale na to możecie usłyszeć: Akuku, właśnie że nie, bo 27.
Wasze próba uogólnienia się nie sprawdziła, dalej ten szereg wygląda następująco:
1, 2, 3, 27, 1, 2, 3, 27, 1, 2, 3, 27
I słyszycie kolejne pytanie o następną liczbę. Zgodnie z „regułą oszczędności” zwaną w filozofii „brzytwą Ockhama”, która mówi, ze nie należy tworzyć bytów ponad potrzebę, będziecie zapewne myśleli w następujący sposób: Jest trzykrotne powtórzenie tej samej sekwencji, więc następną liczbą musi być 1.
Ale nadal słyszycie: Akuku, właśnie że 7.
Możemy się tak bawić bardzo długo, za każdym razem „przyjmujecie założenie o prostocie i na tej podstawie formułujecie następną przepowiednię. (…) Ale jedyna podstawa, jaka dysponujecie, to wasza (wyuczona ) preferencja dla odpowiedzi prostszej i wasze zaufanie, iż moje wyzwanie naprawdę oznaczało, że sekwencja była niekompletna i uporządkowana. Na nieszczęście (a może na szczęście) tak się dzieje, że kolejny fakt nigdy nie jest dostępny. Wszystko, co macie to nadzieja na prostotę, a następny fakt może was zawsze zaprowadzić na następny poziom złożoności.
Albo powiedzmy to tak: dla każdej sekwencji liczb, jaką mogę zaproponować, zawsze będzie istniało kilka prostych sposobów opisu tej sekwencji, ale jednocześnie liczba sposobów alternatywnych, nie ograniczonych kryterium prostoty, będzie nieskończona” – pisze Bateson i kończy swój wywód w następujący sposób:
„Nie tylko nie potrafimy przepowiedzieć następnego zdarzenia w przyszłości, lecz – co ważniejsze – nie umiemy wejrzeć w następny wymiar [złożoności]. Nauka jest metodą percepcji i tylko do tego może pretendować; ogranicza ją – podobnie jak inne metody postrzegania – zdolność gromadzenia zewnętrznych i widocznych oznak prawdy, czymkolwiek by ta prawda być miała”.

W Gruzji ludzie mało się do siebie uśmiechają. Opowieść Agnieszki z metra opisuje jedną z wielu doświadczonych przez nas tutaj sytuacji:
„Po powrocie z Kaukazu do Tbilisi wracamy metrem z dworca do hostelu. Jesteśmy z plecakami, stoimy pomiędzy siedzeniami zmęczeni i brudni. Ludzie w wagonie zwracają na nas uwagę dyskretnie się nam przyglądając. Kobieta, która siedzi za tobą patrzy na ciebie z dużym zainteresowaniem. To normalne, jesteś duży, szczupły, ciekawie ubrany, zdecydowanie przyciągasz uwagę swoim wyglądem. Gdy to spostrzegam, uśmiecham się do niej zachęcająco. W wielu krajach byłaby to propozycja do wejścia w kontakt, ludzie wtedy często oddają uśmiech, pytają „Skąd jesteście” itp. Ale tu kobieta czuje się jakby przyłapana na robieniu czegoś niewłaściwego, spuszcza oczy jakby się wstydziła i odwraca głowę. Przestaję się na nią patrzeć, żeby nie czuła się zażenowana ale ona po chwili znowu podnosi wzrok i z nadal uwagą cię ogląda. Ponownie uśmiecham się do niej zachęcająco ale ona płoszy się jeszcze bardziej”.

Dramatyczna jest rozbieżność młode – starsze kobiety. Te młode w ogromnej większości próbują eksponować przez ubiór i zachowanie swoją seksualność – wszystko jest tu nakierowane na zainteresowanie sobą mężczyzn. Z kolei starsze kobiety dokładnie przy użyciu tych samych środków wysyłają komunikat o swojej mizerii, bezwartościowości, deprecjacji i często braku nadziei na satysfakcjonujące w tej sferze życie.
I tak też są często traktowane.

Na Ukrainie grupa oligarchów ma ogromny wpływ na to, co dzieje się w kraju, w Gruzji mówi się, że krajem rządzi praktycznie jeden człowiek – Bidzina Ivanishvili, miliarder, który dorobił się, jak wielu innych po upadku ZSRR, aktualnie nie sprawujący żadnej funkcji państwowej. Ma ogromnego sojusznika w postaci głowy tutejszego Kościoła, Eliasza II, który ma również bardzo duży wpływ na życie społeczne i polityczne. Kościół jest tu potęgą, ma nawet własną flagę. Gruzini są dumni, że jest autokefalią, to znaczy, że jego głowa nie podlega żadnej zewnętrznej władzy.
Kwestia władzy i bogactwa Kościoła jest dla mnie zawsze bulwersująca w każdym kraju ale w Gruzji najbardziej poruszyła mnie sytuacja, której doświadczyłem w Mcchecie. W tutejszej wspaniałej cerkwi pochodzącej z XI wieku odbywała się jakaś duża uroczystość poświęcona pewnej ważnej świętej. Na ceremonii był obecny jeden z biskupów, oczywiście pilnowany w cerkwi przez gromadę swoich ochroniarzy. W jakiś czas po zakończeniu uroczystości znaleźliśmy się ponownie w tamtych okolicach i zobaczyłem jak wyjeżdża z terenu cerkwi. Najpierw spostrzegłem kolumnę wypasionych Lexusów ale jechali nimi … ochroniarze, natomiast biskup jechał najnowszym Maybachem. Takiego Maybacha widziałem po raz pierwszy w życiu, choć sporo jeżdżę po świecie; kiedy opowiadałem tę historię znajomym Gruzinom a oni sprawdzali ile kosztuje taki Maybach zwykle zapadała znacząca cisza.

Podróże kształcą, również psychoterapeutów zawodowo – odkrywam nowy, nieznany mi dotąd mechanizm obronny. Jesteśmy w przepięknej Svanetii, wysoki Kaukaz, nieprawdopodobne widoki. Kupujemy bilet na marszrutkę do Borjomi, kobieta sprzedaje nam bilet ale, o czym dowiadujemy się przypadkowo za kilka godzin, nie informuje nas, że to nie jest marszrutka do Borjomi, tylko trzeba się będzie przesiąść w innej miejscowości, wziąć drugą, i dopiero ona zawiezie nas do Borjomi. Sprawa jest jasna, chodziło o to żeby sprzedać ten bilet (cena jest za cały kurs do końcowego miasta), gdybyśmy wiedzieli o tej komplikacji może poszukalibyśmy innego rozwiązania. Wracamy do biura następnego dnia i zadaję kobiecie tylko jedno pytanie: dlaczego nie powiedziała nam o tym wszystkim. I natychmiast dowiaduję się (ponieważ zbijam kolejne argumenty, pojawiają się następne), że:

  1. ależ ona nam powiedziała dokładnie o wszystkim
  2. nie powiedziała nam o przesiadce, bo przecież wszyscy wiedzą, że nie kursują bezpośrednie autobusy do Borjomi
  3. to żadna sprawa, po prostu przesiadamy się do innego i tyle, po co robię aferę z niczego
  4. jestem uczciwą kobietą, mam dosyć oskarżeń, proszę, zwracam pieniądze i koniec, nie chce się więcej denerwować.
    Póki co słyszę doskonale mi znane mechanizmy obronne ale gdy to wszystko na mnie nie działa pojawia się coś, czego nie wymyślił dotąd żaden psycholog i szczęka mi opada:
  5. Nie powiedziałam, to prawda, ale miałam to w swoim sercu!

No i czegoś się nauczyłem, choć nie wiem czy będę to stosował, no może w ostateczności.

Kraj jest absolutnie przepiękny, wyobraźcie sobie, że na obszarze województwa mazowieckiego i lubelskiego macie wspaniałe bardzo wysokie góry, średnie góry, przepiękne rzeki, szeroki dostęp do ciepłego morza, jeziora, dużo wspaniałych zabytków, skalne miasta i jeszcze znakomite jedzenie. Czysta bajka!

Ale Svanetia jest szczególnie super, kłopot jest niestety z pewnym typem turystów (zwykle młodych), to zresztą problem, który obserwuję we wszystkich pięknych krajach. Do wspaniałych jezior położonych u podnóża Ushby, jednego z najwyższych szczytów Gruzji (4710 m. npm), podobnie jak do innych cudownych miejsc można dojść pieszo (może nie jest bardzo łatwo ale trasy trekkingowe zachwycają widokami) albo … dojechać za całkiem spore pieniądze samochodami terenowymi. Kiedy pytamy jak to jest możliwe, przecież to Park Narodowy, ludzie tylko wzruszają ramionami. Wiadomo, jak turysta odpowiednio zapłaci, to wszystko dla niego się zrobi. A turyści zamiast zrobić sobie piękną wycieczkę pakują alkohol, jedzenie, magnetofony z głośną muzyką i już na miejscu robią sobie party. Mają w nosie innych, zwierzęta, majestatyczną naturę. Trzeba mieć dobrą zabawę, zrobić sobie oryginalne selfie, nagrać fajny filmik i wrzucić tu i tam. Taka kultura Facebooka.

Obserwuję Facebook, inne media społecznościowe i różne poziomy ludzkiej głupoty tam obecnej. Właściwie powinienem powiedzieć nie tyle głupoty ile różne poziomy narracyjnych uproszczeń świata od „trzeba się dobrze bawić” po „prawda cię wyzwoli” lub „pradawną terapię jajem”. Ale z drugiej strony gdy pomyślę o rożnych nieco bardziej skomplikowanych systemach narracyjnych uproszczeń, które nazywają się teoriami psychologicznymi, duchowymi itp. to czy w gruncie rzeczy aż tak bardzo się one różnią w swej istocie od owej pradawnej terapii jajem?
Człowiek musi tak postępować, inaczej musiałby stanąć oko w oko z pustką, więc może lepiej jest być w tych iluzjach?

Jeżeli myślę sobie o tym świecie, tak sine ira et studio, bez złudzeń ale też bez niepotrzebnych rozczarowań i resentymentów, kiedy myślę o świecie wielkiej i lokalnej polityki, układów, które ludzi wynoszą lub strącają na dno, świecie korporacji, konsumpcji, głupoty, stereotypów, ale przede wszystkim o świecie „poniżej zera” – świecie nędzy, głodu, terroru, wojen, tortur itp., to myślę, że nie chce mi się ani tu być ani tego wspierać ani też w jakikolwiek sposób w tym uczestniczyć. W tym miejscu droga możliwego postępowania rozgałęzia się na pustelnika, samobójcę i ideologa/tyrana/terrorystę („ja zmienię ten świat na lepsze”). Byłem już po parę razy w każdym z tych miejsc, obecnie odnajduję w sobie coś, co nazwałbym chyba melancholijnym mechanizmem autoeutanazji.
W tym kontekście, gdy słucham stwierdzeń rożnego autoramentu, New Age’u ale też niektórych koncepcji psychologicznych z psychologią procesu włącznie, że świat ma dokładnie takie problemy jakie ma mieć, to myślę, że ci ludzie nie wiedzą o czym mówią.

Gruzja – Warszawa, lipiec – sierpień 2017