Gorzki smak conditio humana – Ballyturk E. Walsh’a

Tomasz Teodorczyk

Świadomości samego siebie nabieramy poprzez relacje z drugim człowiekiem i to właśnie sprawia, że ta relacja z innym człowiekiem staje się nie do zniesienia.

Michel Houellebecq

Dwóch facetów w dziwnym pomieszczeniu, jeden mocno ekspresyjny, nieomal histeryczny, drugi z pozoru bardziej opanowany, trochę jak starszy brat. Co chwila zmieniają ciuchy, wchodzą ze sobą w interakcje, w których początkowo nie wiadomo dokładnie o co chodzi. Po dłuższej chwili zaczynamy rozumieć, że wymyślają i opowiadają sobie historie o mieszkańcach Ballyturk i odgrywają je między sobą. Od czasu do czasu prześwituje coś, co wydaje się mieć związek z ich relacją wobec siebie, jednak obaj skrzętnie to omijają, rytualizują, skupiając się na życiu owego wymyślonego miasta. Jest coś fascynującego w ich zmiennych interakcjach, szerokim wachlarzu ról i emocji osób, które odgrywają, oraz niejasnym przekonaniu, że przecież wymyślone historie i role mieszkańców Ballyturk są również nimi, bo to oni wszak je wymyślają.

Walsh opiera się tutaj (nie wiem na ile świadomie) na mechanizmie zwanym w psychologii koluzją, na nim też oparł się, tylko w jeszcze bardziej wyrafinowany sposób, Jean Genet w swoim Balkonie z 1957 roku.

Ogólnie rzecz biorąc w życiu odgrywamy różne role, czasem też – świadomie lub nieświadomie – aranżujemy sytuacje, które nam to umożliwiają.
Koluzja (od colludere – zagraj razem) to pojęcie stworzone przez szwajcarskiego psychologa Jurga Willie oznaczające nieuświadomioną zmowę, w której neurotyczne usposobienia partnerów komplementarnie współgrają ze sobą sprawiając, że obie strony starają się utrzymać związek poprzez przyjmowanie ról zaspokajających wewnętrzne niedobory i niezrealizowane potrzeby.

Z upływem czasu sytuacja między tymi dwoma mężczyznami staje się coraz bardziej napięta, to efekt stałego unikania przez nich tego, co się realnie między nimi dzieje. I w sposób oczywisty ta Realność musi w końcu wkroczyć w ich życie. Gdy tak się dzieje za sprawą pojawienia się trzeciej postaci (świetna rola Małgorzaty Rudzkiej) zaczyna się prawdziwy dramat. Obaj zdają sobie sprawę, że właściwie nie mają nic poza wymyślonym Ballyturkiem ale też szybko od tej świadomości uciekają, bo zajęcie się własną relacją jest dla nich zbyt trudne.

Ballyturk jest wspaniałym egzystencjalnym dramatem rodowodem z Geneta, Becketta i im podobnych. W zalewie przyjemnej