Wywiad przeprowadzony przez Aleksandrę Nowakowską, ukazał się w maju 2015 w specjalnym wydaniu miesięcznika „Sens” – „SENS o rodzicach”.

Aleksandra Nowakowska: W jaki sposób rola rodzica wpływa na psychikę, co w nas zmienia?

Agnieszka Wróblewska: Rola rodzica stwarza nowe wyzwania, ponieważ zmusza nas do sięgnięcia do wewnętrznych zasobów, których w innych warunkach w ogóle byśmy nie używali. Nie ma możliwości, żeby stając się rodzicem, pozostać takim, jakim się było wcześniej. Trzeba mieć dużo mało sensownego samozaparcia, by być w tej roli ze starym systemem przekonań. Stawanie się rodzicem jest zwykle bardzo dynamicznym procesem, na który nasz świadomy wpływ jest znikomy. Jest w nim duża przestrzeń na twórczość i własny rozwój. Czasami trudno jest powiedzieć, czy bardziej rozwija się przy nas nasze dziecko, czy to my przy nim nieustannie jesteśmy popychani do rozwoju.

Pod warunkiem, że nie podejdziemy do roli rodzica zbyt sztywno.

W psychologii zorientowanej na proces uważamy, że każda rola jest czymś płynnym. Rodzicem się nie jest, tylko rodzicem się bywa. Czasami jesteśmy w tej roli w 100 proc., kiedy czujemy, że musimy w niej ulokować całą naszą tożsamość i nie ma w nas nic przeciwko temu. Czasami natomiast jesteśmy rodzicem tylko w paru procentach, a bywa i tak, że możemy o tej roli całkowicie zapomnieć, gdy inne są w danym momencie dla nas ważniejsze. Ważne jest, żeby się z nią nie „skleić się” na dobre, bo może ona zabrać nam inne tożsamości i spowodować kryzys, gdy zmienią się okoliczności. Bycie rodzicem nie zawsze jest potrzebne. Możemy przecież, rysując ze swoim dzieckiem, też być dzieckiem. A nie na przykład rodzicem – nauczycielem, który przy okazji zabawy uczy malucha kolorów.

Warto mieć też świadomość, w którym miejscu powielamy schematy rodzicielskie wyniesione ze swojego domu lub ulegamy normom społecznym. One chyba nie są rozwojowe.

Dobrze zauważać, kiedy te schematy nas ograniczają na przykład gdy sprawiają, że będziemy bardziej reagować na deficyty z własnej młodości niż na realnie obecne potrzeby naszego dziecka. Może na przykład wtedy, kiedy mam ochotę z dzieckiem poprzewracać się po dywanie a wymyślam zabawy edukacyjne albo odwrotnie, w zależności od tego, czego mi w moim dzieciństwie brakowało.

Z jakiego powodu wchodzimy w takie koleiny?

Z różnych. Chociażby działa na nas pole społeczne. W szkole prywatnej są inne oczekiwania niż w publicznej, rodzice z dużego miasta różnią się od tych z małego miasteczka. W różnych miejscach obowiązują inne systemy wartości, inne są oczekiwania wobec dzieci i rodziców i my temu ulegamy. A jeśli mamy ochotę zrobić coś odmiennego, natrafiamy na wewnętrzne ograniczenia. Obecnie jest też olbrzymia presja na materialne inwestowanie w dzieci, z której bardzo trudno się wyłamać. Ograniczają nas też nieświadome przekonania przeniesione z naszych systemów rodzinnych, które automatycznie powielamy. Albo chcemy stworzyć relację z dzieckiem odwrotną do tej, jaką mieli z nami nasi rodzice. Chociaż działamy w dobrej intencji, dalej jesteśmy ograniczeni, bo coś sobie narzucamy i nie mamy dostępu zarówno do własnego potencjału jak i do potencjału naszego dziecka. Lepiej poszukiwać własnej ścieżki rodzicielstwa. W naturalnym rozwoju wynikającym z roli rodzica przeszkadza także porównywanie się, za którym stoi postać krytyka wewnętrznego. Mówi on na przykład: „Zobacz, Małgosia piecze ciasteczka dla swojej córeczki na urodziny a ty kupujesz w cukierni” albo „Jaś wyjeżdża na super wakacje, a my znowu na Mazury”. Krytyk zawsze znajdzie takie obszary, w których ktoś jest lepszy. Zawłaszcza przestrzeń, w której moglibyśmy robić to, na co mamy ochotę, to, co jest dla nas prawdziwe.

Rola rodzica może przytłoczyć, kiedy wydaje nam się, że gdy mamy już dziecko, musimy mu zapewnić wszystko co najlepsze i resztę życia właśnie temu podporządkowujemy.

To prawda. Mam wrażenie, że obecnie nie jest to tylko kwestia zapewnienia wygórowanych warunków materialnych czy rozwojowych. Obserwuję straszliwe obciążenie związane z wiedzą o wszelkich mechanizmach psychologicznych. Okazuje się, że karcące spojrzenie ojca czy ton głosu matki, mogą być przyczyną głębokiej traumy dziecka na całe życie. Z jednej strony dobrze, że się o tym mówi, bo jesteśmy bardziej uważni, ale z drugiej nie możemy być spontaniczni przy swoich dzieciach i trzęsiemy się ze strachu, że zrobimy coś nie tak.

Co tracimy, kiedy ulegamy schematom lub modnym trendom?

Tracimy sporo radości z rodzicielstwa. Posiadanie dziecka staje się obowiązkiem a my jesteśmy zakładnikami roli rodzica, która kreowana jest nie przez nas. Zachowujemy się, jakbyśmy mieli wewnętrznego szefa, który ocenia: „Teraz dobrze, bo sprawdziłaś lekcje, teraz źle, bo zapomniałaś o wywiadówce, teraz super, bo układałaś z dzieckiem puzzle przez cały wieczór”. Bycie na takim cenzurowanym jest bardzo męczące. Ale co najważniejsze: nie możemy być i cieszyć się bezpośrednią relacją z dzieckiem. Jesteśmy usztywnieni i nie podążamy za tym, co się wydarza. Jeśli jesteśmy skoncentrowani na realizowaniu zadania bycia rodzicem, trudno nam uznać, że to co dziecko czuje, jest ważne. Nie zauważamy w dziecku tego, co nie mieści się w naszej wizji rodzicielstwa. Wielu z nas nie pamięta, jakie to było trudne, kiedy sami byliśmy dziećmi i trudno było się przebić ze swoimi potrzebami.

W jaki sposób wykorzystać rolę rodzica do rozwoju?

Postarać się otworzyć i przyjąć zwłaszcza to, co nam się w dziecku lub w jego zachowaniu nie podoba, wydaje dziwne albo niepokojące, zrozumieć indywidualne znaczenia i potrzeby związane z danym zachowaniem a nie tylko oceniać je jako dobre lub złe. Tu jest potencjał twórczego rozwoju. Gdy będziemy zmuszać dziecko do chodzenia pod linijkę według naszych zasad, niczego nowego się o sobie nie dowiemy. Trzeba mieć świadomość, że z dzieckiem w nasz świat wdziera się jakaś inna rzeczywistość. Możemy ją przykroić do naszych wymiarów, ale możemy też z niej korzystać i potraktować jako szansę rozwoju.

Niegrzeczne nastoletnie dziecko może nas nauczyć odpuszczania kontroli, wolności, buntowania się.

Trzeba zaufać, że to co trudne, jest rozwojowe, zobaczyć, że to ma sens. Zauważmy jak dzieci naciskają na naszą tożsamość i zmuszają nas do zmiany. Czasem popychają do tego, żebyśmy z nieskończenie kochającej matki stały się kimś, kto bardzo jasno stawia granice, uczą nas też konsekwencji, tolerancji, wrażliwości. I przede wszystkim elastyczności, bo jak już stworzymy sobie jakiś obraz relacji rodzic – dziecko i nawet mamy poczucie, że przez chwilę jest nawet nieźle, to za moment i tak wszystko się zmienia. Sposoby komunikacji, ustalenia, postawa dziecka – wszystko jest już nieaktualne. Jest to bardzo twórczy aspekt rodzicielstwa, który powoduje, że żadne mądre książki ani dobre rady nam nie pomagają. Uczmy się do samego końca. Rodzice czasem na jakimś etapie utykają i nie są w stanie przejść do nowego etapu. Bywa, że kiedy dzieci są już dorosłe i potrzebują relacji przyjacielskiej, nadal pouczają, rozkładają parasol ochronny. To znak, że w tożsamości rodzica wygrywa część opiekuńcza, z którą trudno się rozstać. A gdzie inne aspekty? Na przykład bycie dla dziecka partnerem?

Czego mogą nas nauczyć konflikty z dzieckiem?

Konflikty są postawą rozwoju. Od tych z dzieckiem nie bardzo można uciec. Z nim się nie rozwiedziemy. Dobrze by było, żeby te konflikty uczyły nas stawania się kimś innym niż dotąd, żebyśmy sięgali po inne aspekty nas samych. Jakie? To pokazują dzieci. Zwróćmy uwagę, co mnie w zachowaniu mojego dziecka drażni, co mi najtrudniej zaakceptować. O to właśnie próbuje poszerzyć się moja tożsamość. Jeżeli na przykład jestem kobietą, która wstaje rano z planem na cały dzień, szybko wkłada dżinsy i bluzę, i biegnie wykonać zadania, a moja córka staje przed szafą i robi awanturę, że ona zielonych rajstopek nie włoży, bo jej nie będą pasowały do niebieskiej spódniczki, pomyślmy sobie w wolnej chwili, że może do nas dobija się jakaś inna wersja kobiecości. Albo jeśli moje dziecko, nie pozwala sobie w piaskownicy zabrać łopatki i foremkami się nie podzieli, a ja za to zawsze jesteśmy kompromisowa, to może sama potrzebuję mocniej stawać za sobą w różnych sytuacjach. Dzieci wrzeszczą i nie dają się uciszyć? Może potrzebuję intensywniejszych energii. Warto też wiedzieć, że duża potrzeba robienia czegoś dla dzieci, jest ważnym sygnałem, żebyśmy zrobili to też dla siebie.

Czego jeszcze może nas nauczyć bycie rodzicem?

Zgody na bezsilność. W naszej kulturze jest ona trudna do przyjęcia. Tak bardzo chcemy być zawsze sprawczy. Ze wszystkim chcemy sobie zawsze poradzić. A zwłaszcza dzieciom chcemy wszystko zorganizować, przekazać, zapewnić, zadbać o nie. Myśl, że dziecko musi z czymś zostać samo, jest dla rodziców przerażająca. To z kolei w dzieciach buduje poczucie braku sprawczości. Tymczasem są takie sytuacje, zarówno życiowe, jak i wewnątrzpsychiczne, kiedy dziecko musi przez to przejść bez rodzicielskiej asekuracji. W świecie, w którym sprawczość jest najważniejsza fakt, że jako rodzice mamy ograniczenia, jest nie do przyjęcia. Na przykład to, że na jakieś potrzeby dziecka nie mamy pieniędzy. Jako rodzice uczymy się też empatii, tolerancji dla inności i różnych od naszych form indywidualizmu.

Jak bycie rodzicem wpływa na inne sfery życia, na to jakimi jesteśmy przyjaciółmi, pracownikami?

Mówi się, że kobiety, które mają dzieci, są lepiej zorganizowane w pracy. To klasyka. Tak naprawdę, jeśli jesteśmy elastyczni, rola rodzica może wpłynąć na wszystkie inne sfery życia. Bo gdy przy dziecku nauczymy się być bardziej konsekwentni, w innych relacjach też tacy będziemy. Posiadanie dziecka może motywować nas do rozwijania sfery społecznościowej, bo będziemy spotykać się z innymi rodzicami, organizować wspólne wyjazdy, przyjęcia urodzinowe.

Dziecko poszerza nasz świat uczuć, uwrażliwia na świat.

Uczucie, które płynie od dziecka, nie jest zagrażające. Relacja z kobietą czy mężczyzną niesie w pakiecie lęk przed zranieniem, oceną, odrzuceniem. Miłość dziecka i do dziecka nie musi nieść w sobie tego niepokoju. To wspaniała relacja między dwojgiem ludzi. Dzięki dziecku można spojrzeć na świat jego oczami, dołączyć do tego jego świata, pozwolić sobie mieć umysł początkującego: patrzeć się na śnieg, jakby się go widziało pierwszy raz, pluskać się w wodzie podczas kąpieli, wąchać kwiaty na łące. Dziecko to nam zdecydowanie ułatwia.

Urodzenie dziecka może stać się momentem poważnego przewartościowania, zmiany zawodu, sięgnięcia po twórczość, artyzm, nieznaną dotąd kreatywność.

Pojawienie się dziecka kontaktuje nas z bardzo podstawowymi wartościami w życiu. Miłość, szczęście, poświęcenie ale też gniew, niecierpliwość i inne trudne uczucia często mieszają się z refleksjami na temat przemijania, osi życie – śmierć, bo pojawia się nowe życie. Zaczynamy to czuć, przeżywać, odkrywamy w tej kruchej istotce sens tego, co dotyczy człowieczeństwa. Nie tylko chcemy zadbać o tego nowego człowieka, ale sami zaczynam mieć inne spojrzenie na życie, na to co robimy, na to, co jest dla nas najistotniejsze. Ta nowa obecność nadaje inny wymiar naszej codzienności.

ekspert: Agnieszka Wróblewska, psycholożka, psychoterapeutka z Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces, www.akademiapop.org