[custom_frame_center]Himalaje[/custom_frame_center]

Himalaje Indyjskie. Czas zmiany. Czerwiec 2006

Wojtek Pierga

Do ostatniej chwili nie jestem zdecydowany. W końcowy weekend wyjazdu było zaplanowane dwudziestolecie matury. Możliwość spotkania klasy po dwudziestu latach jest bardzo atrakcyjna. Z drugiej strony, w Himalaje nie jedzie się co tydzień.
Na jakieś dwa tygodnie przed ostatecznym terminem decyzji dotyczącej Himalajów wpadam na pomysł, by zaproponować przeniesienie dwudziestolecia. Moja propozycja – wobec braku protestów – zostaje przyjęta na dwa dni przed tym terminem i data spotkania zostaje przesunięta o tydzień, co otwiera mi szansę wyjazdu bez dodatkowych rozterek.

W samolocie do Moskwy podają lekki posiłek z chałwą. Oddaję chałwę Tomkowi, bo nigdy jej nie lubiłem.

Na lotnisku Szeremietewo Tomek zadaje wszystkim pytania. Co ze sobą wziąłeś? Co zostawiłeś w kraju? Powiedziałem, że zostawiłem telefon komórkowy, co w przypadku mojego zawodu i roli, jaką w związku z tym przyjąłem, jest w moim mniemaniu rzeczą niezwyczajną.

Ale w samolocie do Delhi widzę, że zostawiłem dużo więcej. Próbuję gotowanych brokułów. Do tej pory nie lubiłem nawet ich zapachu w domu podczas gotowania. Teraz jem je nawet z pewną przyjemnością. Idę za ciosem. Kolejny produkt, który omijam z daleka: topiony ser. I znowu to samo. Całkiem smaczne. No to nie mam wyboru. Wcinam chałwę (to zapewne perła deserów Aerofłotu). Coś się we mnie zmieniło. Tak szybko?

Wychodzimy z klimatyzowanej hali lotniska w Delhi. Gorąco mimo nocnej pory. Jedziemy trzema taksówkami. Styl jazdy znany z krajów Bliskiego Wschodu. Bez świateł, bez lusterek, bez przejmowania się czerwonym światłem i pasami. Za to klakson w ciągłym użytku. Jestem zrelaksowany. Patrzę na nieliczne krowy stojące przy krawężnikach i ludzi leżących przy murkach. Cieszę się gorącymi podmuchami na mojej twarzy. Dojeżdżamy na miejsce. Stare Delhi. Zapach moczu, kału, żar bijący od murów. Mnóstwo mężczyzn śpiących pod ścianami. Między nimi śpią psy. Musimy chwilami ich omijać, żeby nie nadepnąć. Reagują bardzo spokojnie. Psy również. Patrzę na to z zaskakującej dla mnie perspektywy. Wolni ludzie. Bez dobytku. Niebojący się, że ich ktoś napadnie i ograbi. Niebojący się, że ich pogryzą bezdomne psy. Wolni ludzie.

Zostawiłem w Polsce dużo więcej niż komórkę.

Na śniadanie idziemy do baru „U Nepalczyka”. Nasza grupa zajmuje trzy stoliki. Wchodzę w drzwi spóźniony – osobno. Przy czwartym, ostatnim, siedzą trzy osoby. Chyba się nie znają – orientuję się później. Biała kobieta przy stoliku od razu uśmiecha się do mnie, przesuwa o jedno krzesło i gestem zaprasza na ostatnie wolne miejsce w barze. Na ścianie półka z książkami w różnych językach. Z głośników płynie muzyka.

Dopada mnie strasznie dojmujące poczucie więzi z tym miejscem. W ułamku sekundy rozumiem wszystkich białych porzucających dostatnie życie w Europie lub Stanach i uciekających do Indii na wiele lat. Mam w sobie tę możliwość. Bardzo żywą.

Dziękuję uśmiechem i siadam razem z grupą.

Raczej wrócę do Polski.

W świątyni Sikhów nasza grupa wzbudza ciekawość. Otaczają nas dzieci. Potem też dorośli. Ja ze swoimi prawie dwoma metrami wzrostu jestem dodatkową atrakcją. Zaskakuje mnie – jak zwykle – rozbicie stereotypu, który w sobie bezwiednie nosiłem. Brodaci mężczyźni w turbanach o surowych twarzach, którzy z wieczornych wiadomości kojarzyli mi się z separatyzmem, zamachami i zakrzywionymi nożami, są bardzo uważni, serdeczni i otwarci. Uśmiechają się, zachęcają do robienia zdjęć, ochoczo dzielą się swoim świętym miejscem i rytuałem. Widzę ich doskonałą organizację, staranie, by duża liczba wiernych nie powodowała chaosu. Kierują tym wszystkim zdecydowanie, lecz bardzo spokojnie. Jest w nich dużo łagodności i – tu powtórzę – uwagi. Daję się ponieść śpiewnej recytacji świętej księgi. Siedzę na drewnianym podeście pokrytym dywanami, opieram się rękami o podłogę i czuję w nich wibracje instrumentów. Odbieram w wielu kanałach. Piękne dziecko przygląda mi się uważnie. Oczy podkreślone henną nadają temu dwulatkowi jakąś ponadczasową głębię. Nie sposób nie uwierzyć w reinkarnację. To bardzo mocna chwila. Pozostanie ze mną na długo.

Grupa kobiet oddaje mocz na chodniku. Jedna po drugiej, jakby był to jakiś rytuał. Długie zwoje materiału pozwalają częściowo ukryć to, co się dzieje. Ale kobiety raczej się z tym nie kryją. Wszystko dzieje się na skraju bardzo ruchliwej ulicy. Patrzę z pewną fascynacją. Zauważam ślad po kimś, kogo w tym samym miejscu dopadła biegunka. Nie marzę o tym, by w Warszawie zapanowały podobne zwyczaje, ale czuję w tym jakiś porządek. Inny porządek

Inny porządek dostrzegam też w ruchu ulicznym. Jestem zafascynowany. Zarówno jako pieszy, jak i pasażer różnych pojazdów: taksówek, motoriksz i riksz rowerowych. Ani jednego otarcia. Dużo hałasu i … spokoju. Nawet ich utarczki są jakieś niegroźne i łagodne. Potrafią się minąć o centymetry, wcisnąć w każdą wolną przestrzeń. Reagują na każdą nową możliwość zmiany ruchu. Czują dynamikę ruchu innych pojazdów i nie powodują żadnych skrajnych sytuacji, nawet jadąc pod prąd na rondzie.

Kilka lat temu byłem w Kairze. Podobny zgiełk uliczny i wciskający się w nozdrza ostry zapach smogu działał wtedy na mnie ogromnie drażniąco. Obiecałem sobie wtedy już nigdy tam nie wrócić. Nie oglądać tego bałaganu i śmieci na ulicach. Nie oganiać się od nachalnych sprzedawców.

Jakiś inny porządek we mnie cieszy się teraz pobytem w Delhi.

Wyjeżdżamy pociągiem do Kalki i docelowo chcemy dojechać do Shimli. Przez okno widzę wciąż wypięte tyłki przy torach. Ktoś potem z rozczarowaniem powiedział, że nie widział nikogo kucającego w polu. Czyżbym był wyczulony na punkcie publicznej defekacji? Na pewno tak. Potem potwierdzą to moje kłopoty z przepełnionym pęcherzem w kraju, gdzie każdy oddaje mocz, tam gdzie chce.

W pociągu pytam grupę, czy mi się tylko zdaje, czy też naprawdę miejscowi zaczepiają mnie o wiele częściej niż kogokolwiek innego z grupy. Grupa uśmiecha się do mnie jak do naiwniaka. Oczywiście, że tak. Skąd ta wątpliwość. Zresztą kilka dowodów mam za chwilę w trakcie jazdy.

Kilkunastoletni chłopiec pyta mnie, skąd jesteśmy. Z Polski. A gdzie leży? Między Niemcami a Rosją. A jakim językiem tam się mówi? Po polsku. Jest zadowolony. Wysiadając godzinę później, żegna się ze mną bardzo serdecznie. Ściskamy sobie ręce.

W którymś momencie zmęczony opieram głowę na dłoniach. Nagle czuję, że ktoś mnie delikatnie chwyta za przedramię. Podnoszę głowę. Widzę studenta, który rozmawia z kolegami, stojąc do mnie tyłem. To on trzyma mnie za rękę. Jestem już po jednym dniu w Indiach przyzwyczajony, że przestrzeń między obcymi ludźmi jest tu zredukowana do zera. Opieranie się o siebie, ocieranie, dotykanie – to normalne. Bardzo to polubiłem. A nawet wnoszę do naszej grupy. Ale ta sytuacja jest dziwna. Poddaję się jej. Znów kładę głowę na dłoniach. I wtedy czuję rytmiczne uciskanie mojego przedramienia. Znów podnoszę głowę, ale student wciąż rozmawia i wcale na mnie nie patrzy. Ok. Jeszcze raz opadam głową na dłonie. Uciskanie powtarza się wielokrotnie przez następne minuty. To miłe.

Dojeżdżamy do Kalki. Pociąg zwalnia. Sięgam do plecaka, by wyjąć płyn przeciw opalaniu. Pochylony widzę przez małe okno Hindusa myjącego się tuż przy torach. W tym samym momencie spotykamy się wzrokiem, uśmiechamy i machamy do siebie rękami. Cała ta niezwykła chwila trwa może jedną sekundę. Pociąg jedzie dalej. Długo potem myślę, na czym polegała magia tej chwili. Wciąż nie umiem oddać jej słowami. I nadal pamiętam jej intensywność. Choć nie pamiętam twarzy tego człowieka.

W Shimli jest lekkie zamieszanie organizacyjne. Nasz kierowca nie wie, gdzie ma nas wysadzić. Nie mówi ani pół słowa po angielsku. Nie zauważamy drugiego samochodu. Jestem poirytowany. Nie wiem, czy mamy dać się tu wysadzić. Czy mamy mu zapłacić? Pojawia się Hindus mówiący po angielsku, ale tylko na tyle, by namawiać nas na hotel i tragarzy. Czuję silne napięcie. Ale nareszcie pojawia się Andrzej.

Gdy ochłonąłem i spojrzałem ponownie na całą tą sytuację, zrozumiałem, że źródło napięcia było we mnie. Że z Polski przywiozłem potrzebę dopięcia wszystkiego na ostatni guzik. Na sześć osób w naszym samochodzie tylko trzy czuły napięcie tak, jak ja. Pozostałe były zupełnie zrelaksowane. Od tej chwili zaakceptowałem styl pełnej improwizacji i braku pewności tego, co będzie pod koniec dnia. I doceniam wysiłek Andrzeja, by pomimo w tej niepewności, czy będzie autobus, czy droga jest przejezdna, czy wszyscy rano będą zdrowi, próbować prowadzić wycieczkę według planu.

Wieczorem idziemy w deszczu do świątyni małp. Tam przyglądamy się ceremonii. W pewnym momencie pomocnik bramina wyciąga bębny i zaczyna w nie lekko bić, a sam bramin rozpoczyna długą wędrówkę po świątyni z kadzidłem. Siedzę w rogu, czuję znużenie. Orientuję się, że zasnąłem, gdy zostaję szarpnięty za rękę, bo wszyscy muszą wstać. Zrywam się szybko na nogi i wpadam w sam środek rytmicznej kakofonii tworzonej przez bębny i dzwonki. Ogarnia mnie ona tak mocno, że prawie nic innego do mnie nie dociera. Coś we mnie natychmiast dostraja się to tych rozsynchronizowanych rytmów. Zafascynowany patrzę na ręce i plecy prawego pomocnika i na jego gwałtowne ruchy, gdy uderza w dzwonek. Tempo wzrasta. Chciałbym, by to się nigdy nie skończyło. Głośne staccato dzwonków zamienia się w przeciągły, ostry, niekończący się dźwięk, który wrzyna się w moją głowę. Ostatnie mocne uderzenie i powolne wybrzmiewanie.

Bramin podchodzi do każdego z kadzidłem. Cisza i skupienie.

Wcześnie rano w Shimli idziemy na autobus. Jestem nieco z tyłu grupy i znów zatrzymują mnie miejscowi. Robimy sobie zdjęcia – ich aparatem, potem moim. Wszystko trwa tak krótko, że chyba nikt z grupy tego nie zauważa.

Na dworcu widzę białą kobietę w nieco niechlujnym stroju, z bezładną fryzurą. Całość kojarzy mi się z podstarzałą hipiską, która już nie zważa na opinie innych. Rozmawia przez okienko z kierowcą. Aha, czyli mieszka tu już jakiś czas. Jestem zaintrygowany: niektórzy potrafią zmienić swoje życie pod wpływem impulsu. Kobieta zwraca się do nas. Jest Czeszką, która dopiero przyjechała do Indii ze swoim partnerem. To z nim rozmawiała. Tak jak my jadą do Kinnauru. Dociera do mnie, dlaczego się pomyliłem. Kierowca siedzi po prawej stronie autobusu, bo w Indiach panuje ruch lewostronny. I nie jestem przyzwyczajony, że pasażerowie siedzą tuż przy przedniej szybie.

Tomek daje zadanie, by zwrócić uwagę na trzy osoby i wymyśleć ich życiorys. Czeszka jest jedną z nich. Dorabiam jej życiorys nieco oderwanej od rzeczywistości hipiski szczęśliwej tu w Shimli, mimo ambiwalentnego odbioru jej osoby przez miejscowych. Drugą osobą jest stara mieszkanka jakiejś mijanej przez nas wsi, która zwróciła moją uwagę swoim rozbieżnym zezem, zębami, które jakby wyrywały jej się z ust, i dużą uwagą, z jaką obserwowała ludzi na rynku, będąc jednocześnie jakby w innym wymiarze i w sumie lekceważąc to, co się dzieje. Zobaczyłem w niej osobę stojącą jedną nogą w innej rzeczywistości i bardziej skupiającą się właśnie na niej. Trzeci jest mały mężczyzna z autobusu, nieśmiały i zahukany, próbujący wszystkim zejść z drogi. Taki bez własnego wyraźnego zdania. Próbujący przemknąć przez życie niezauważony pod murem, uniknąć wszelkich konfliktów. Niegdyś podległy władzy rodziców, a dziś żony. Ta zabawa wyraźnie daje mi odczuć, że przebija się do mnie potrzeba zluzowania kostiumu osoby przejmującej się zewnętrznymi ocenami, racjonalnej i uporządkowanej.

W Sarahanie dopada mnie rozwolnienie. A już uwierzyłem, że mnie ominie. Zadowolony popijałem lassi z kwaśnego mleka i wcinałem owoce. Cóż, mam szansę rozwinąć w sobie nieco pokory. Nifuroksazyd będzie moim towarzyszem już do końca wyjazdu. I tak mam szczęście, że przy każdym ataku mam szansę na odrobinę odosobnienia lub wręcz toaletę. Z porannych i wieczornych odgłosów w hotelu wnioskuję, że nie jestem sam w tej niedoli. Cóż, inna flora bakteryjna. Ale w końcu to jeszcze nie powód, by nie pić lassi i nie jeść ciapati z gazety przy straganie.

Wieczorem zaglądam samotnie do małej kapliczki Bhimakali. Groźnie wyglądająca metalowa figurka w centralnym punkcie pokazuje boginię trzymającą na kolanach wyciągniętego człowieka. Bogini w rękach trzyma noże. Ewidentnie rozcina mu brzuch. Zadać śmierć, by pozwolić na odrodzenie się w nowej postaci. Jest w tej figurze metafora, która mocno na mnie działa. Już wielokrotnie pozwalałem umrzeć pewnym częściom mnie, by móc pozwolić rozwinąć się innym obszarom. Ale to było łagodne, długotrwałe, czasem niezauważalne. Teraz chyba jest pora w moim życiu na duże zmiany. Coś bardzo chce umrzeć, coś chce się narodzić. Moja silna reakcja na tę kapliczkę to potwierdza. Próbuję zabrać ze sobą część tej energii, którą właśnie czuję.

Jedziemy jeepami wzdłuż doliny. Droga wije się w górę ostrymi serpentynami. Chętnie bym zasnął, ale nie daję rady. Jest mi trochę ciasno. Nie mam gdzie oprzeć głowy. Ale w którymś momencie zapadam w taki stan półsnu. Głowę opieram na przedramieniu lewej ręki. Widzę starszą Hinduskę wyciągającą do mnie dłoń z koszykiem pełnym owoców. Próbuję po nie sięgnąć. Ruszam swoją prawą dłonią, która leży na moim kolanie i wtedy uświadamiam sobie, że to sen. Ale go nie rozwiewam. Nie tracąc z zamkniętych oczu koszyka, specjalnie sięgam po niego i zaciskam palce. Oczywiście palce chwytają powietrze. Wtedy mam impuls, by zwrócić wciąż zamknięte oczy w dół i widzę swoją dłoń. Długo oczekiwany przeze mnie element snu. Bardzo chciałem móc zobaczyć swoją dłoń i swoją twarz we śnie. Postrzeganie dłoni miało być znakiem świadomego śnienia. Ogarnia mnie radość. A może tak od razu zobaczyć twarz? Nie wiem, czego oczekuję, ale podnoszę – wciąż zamknięte – oczy i widzę twarz zawieszoną w powietrzu. Nie mam pewności, czy to moja twarz. Ma okulary dokładnie takie, jakie wziąłem na wyjazd, ale rysy są niedokładne, jakby to była rzeźba. Zaraz potem twarz zaczyna się zmieniać w inną, i potem jeszcze w inną – najczęściej rysy tutejsze, ostre, wysmagane zimnym wiatrem i wysuszone słońcem, ale są też i twarze łagodne, zatopione w medytacji, przypominające częste na straganach figurki Buddy. Kierowca gwałtownie hamuje i wyrywa mnie z tego stanu. Bezpowrotnie.

Z Chitkulu wracamy na piechotę wzdłuż doliny rzeki Baspy. Tomek robi ćwiczenie z duchem miejsca. Mamy znaleźć miejsce, które nas przyciąga. Ogrodzić je. Pobyć w nim. Poczuć je. Wymyślić, co możemy w tym miejscu zostawić. Co możemy z niego wziąć.

Jest wczesne popołudnie. Okolica jest urokliwa. Stoimy na łagodnym stoku wśród poletek i małych łąk, które otaczają ogromne głazy. Pojedyncze drzewa przy głazach. W górze nieopodal granica lasu. W dole z szumem płynie Baspa. Dolina rozdziela dwa strome pasma gór. W oddali na wschodzie na końcu doliny widać ośnieżone szczyty Tybetu.

Moją uwagę przyciąga coś, co wygląda na kapliczkę. Drewniany kwadratowy podest na czterech narożnych słupach podtrzymuje stromy daszek. Pod daszkiem wisi jakaś zwierzęca czaszka i trochę błyszczących ozdób.

Nie mam pewności, czy nie naruszę miejscowych zasad, wchodząc do środka, więc planuję poszukać jakiegoś głazu na brzegu rzeki. Ale kapliczka mnie nęci. Robię test. Wkładam do środka plecak, patrzę na przechodzących miejscowych. Nie zwracają na plecak najmniejszej uwagi. Zachęcony wyjmuję plecak i wchodzę sam. Przeszkadzają mi buty, więc je zdejmuję. Skarpetki również. Siadam na środku podestu w pozycji półlotosu, z twarzą skierowaną na wschód, gdzie rozciąga się przede mną piękna panorama doliny, rzeki i białych szczytów na jej odległym końcu. Kontempluję widok. Myślę o rzece: co niesie, skąd biegnie, dokąd można dojść idąc w górę jej biegu. Słyszę jej uspokajający, jednostajny szum. Zamykam oczy i czuję wiatr na plecach. Odbieram ten wiatr jako wspierający. Staram się wyciszyć myśli. Wiatr w plecy dodaje mi otuchy i wzmacnia spokój.

Drętwieją mi nogi, więc siadam na piętach się na sposób japoński. Ale w tej pozycji nie wytrzymuję długo. Odczuwam twardość desek pod stopami i drętwienie stawów skokowych pod ciężarem ciała. Podciągam palce stóp, dając wytchnienie stawom. Ale to też nie trwa długo. Nagle wiem, że powinienem położyć się zwinięty w pozycji embrionalnej głową w kierunku ruchu wskazówek zegara. Robię to i natychmiast wpadam w ten dziwny stan półsnu. Czuję niebywałe zrelaksowanie całego ciała. Całe fizyczne zmęczenie znika w ułamku sekundy. Wiem, gdzie jestem, że leżę, a jednocześnie pod zamkniętymi powiekami zaczynam widzieć obrazy. Znów pojawia się twarz wisząca w powietrzu. Bardzo spokojna, z przymkniętymi oczami, z lekkim półuśmiechem. Po jej prawej stronie, nieco ponad nią, pojawia się coś czerwonego, drgającego, jakby płomienie. I w tym momencie słyszę głos. Podrywam się i widzę miejscowego z drewnem na plecach. Mówi mi, że to święte miejsce i nie można tutaj wchodzić. Wychodzę, przepraszam. Mężczyzna nie wydaje się być zły lub urażony. Ucinamy sobie krótką pogawędkę i żegnamy się przyjaźnie.

Kucam tuż poniżej kapliczki na kamieniu i szybko wymyślam odpowiedzi na pytania z ćwiczenia. Leżą w obszarze wzmocnienia wewnętrznej niezależności wobec zewnętrznych ocen i opinii.

W Tabo mam dwukrotnie wrażenie, że śniło mi się miejsce, które właśnie widzę. Jedno to dziedziniec przed guest house świątyni buddyjskiej z jeepami i murkiem z młynkami modlitewnymi. Kilka minut później to samo wrażenie mam w pokoju, w którym właśnie spędziłem noc. To mógł być ten sam sen. Ale nic więcej nie jestem sobie w stanie przypomnieć, więc pozostawiam to uczucie bez dalszych rozmyślań.

Ciekawe są wrażenia z porannej pudży. Wstajemy około piątej, by się na nią wybrać. Monotonna recytacja wielu głosów nie ma końca. Melodia gasnąca w jednych ustach, ma swoją kontynuację w kilku innych. Dźwięki są chrapliwe, gardłowe. Gdy jesteśmy w środku schodzą się kolejni lamowie. Jeden jest wyraźnie nieobecny duchem. Popija czaj, patrzy za okno, zapewne na szczyty gór oświetlane wstającym słońcem. Inny przysypia. Jego sąsiad trąca go łokciem. Słyszałem też później, że główny lama dłubał palcem w nosie, ale ten akurat zwrócony był do mnie plecami i tego nie widziałem. Wszyscy siedzą niedbale przygarbieni, kiwają się z boku na bok. W środku robią przerwę na herbatę z mlekiem. Bardzo mi odpowiada ta niezobowiązująca forma rytuału. Niezobowiązująca w moich oczach. Być może przegapiam jakieś rygorystyczne przykazy.

W ogóle nie jestem senny, choć o piątej to wstaję może ze trzy razy do roku. Wychodzę po zakończeniu pudży bardzo wyciszony. Oglądam oświetlone wczesnym słońcem zbocza gór, robię kilka zdjęć i mam te wspomnienia z dawnego snu. Patrzę na rozwijający się stragan pod świątynią. Kupuję dzwonki i grającą tybetańską misę. Trochę się targuję. Potem patrzę z ciekawością i przyjemnością, jak handlarz w rytualnym geście macha otrzymanym przeze mnie banknotem nad straganem. Zapewne w intencji dobrego zarobku w tym dniu.

Odłożyłem zegarek do plecaka kilka dni temu. Nie włożę go już aż do powrotu do domu. W zamian noszę blaszaną bransoletę z mantrą w sanskrycie, którą pod wpływem impulsu kupiłem czekając w knajpce na śniadanie. Często patrzę na nią chcąc sprawdzić godzinę. To odruch, bo odczuwam jej ucisk na nadgarstku podobnie jak wcześniej zegarka. I ona mi uświadamia, że nie ma pośpiechu. Być może dlatego jest mi łatwo wejść w inny rytm dnia, który czasami wypełnia głównie czekanie. Na obiady czekamy godzinę lub dwie (inni nie są tak bardzo skłonni pozbyć się czasomierzy i porównywania, jak długo czekamy w restauracji na realizację zlecenia). Czekamy na autobus. Czekamy na dojechanie na miejsce. Na przesiadkę. Czekamy na śniadanie, na obiad lub kolację. Na urzędnika. Na wydanie dokumentów. Na sprawdzenie dokumentów. A właściwie nie czekamy. Jedziemy. Stoimy. Siedzimy. Gadamy. Czas płynie. Nieśpiesznie.

Często słyszymy: „no problem”. Dla mnie to wyrażenie jest kwintesencją Indii, jakie poznałem. A dobrym tego przykładem była sytuacja, gdy drogę autobusowi zagrodził kabel elektryczny, która z jakiegoś powodu opadła nisko nad drogę. Konduktor od razu wszedł na dach autobusu i przeprowadził ten kabel (była izolowany) nad dachem, wsiadł z powrotem do autobusu i pojechaliśmy dalej. No problem.

Nocujemy we wsi Kibber na wysokości ok. 4000 m n.p.m. Dwie osoby mają objawy choroby wysokościowej, więc nad ranem jadą do niżej położonej miejscowości, w której będziemy spać następnej nocy. Naszym celem tego dnia jest szczyt o niepewnej wysokości – mapa, miejscowi i pomiar z poprzedniego pobytu Andrzeja podają trzy różne liczby. Na pewno będzie to powyżej 5000 m. Wszystko nam sprzyja. Świeci słońce. W miarę jak zdobywamy wysokość, cichnie zimny wiatr. Krótka aklimatyzacja nie przeszkadza nam wejść na szczyt. Mocno odczuwam niskie ciśnienie i małą zawartość tlenu w powietrzu. To pozwala docenić obrazy widziane wielokrotnie na filmach pokazujących wysiłek przy zdobywaniu dużo wyższych szczytów. Na szczycie pomiar GPS pokazuje, że wysokość wynosi 5120 m n.p.m. Zdecydowanie najwyższy zdobyty przeze mnie szczyt. Ale wokół nas na horyzoncie sześcio- i siedmiotysięczniki. To budzi moją chęć powrotu na prawdziwie trekkingową wędrówkę po wyższych górach. Tylko nie tak wprost zza biurka. Oprócz determinacji przyda się nieco kondycji fizycznej.

W drodze do Manali Andrzej chce nam pokazać unikalne formy skalne utworzone w korycie rzeki. Wymaga to skrętu w boczną drogę. Kierowcy pogubili drogę i rozjechali się, więc gonimy pierwszy samochód. Jednak wracamy i mimo poważnych prac budowlanych na bocznej drodze, ocierając podwoziem o kamienie, dojeżdżamy na miejsce. Widoki są naprawdę warte zabiegów Andrzeja. Wsiadając do samochodu, słyszę pytanie: kto chce jechać na dachu? Oczywiście ja. Wskakuję szybko na bagażnik dachowy, żeby nie stracić okazji. Ale jestem bez czapki i okularów przeciwsłonecznych. Andrzej patrzy na mnie z obawą. Jest bardzo słonecznie i wciąż jesteśmy wysoko. Pożyczam czapkę i okulary, bo moje są schowane w plecaku. Ruszamy. Czuję euforię. Jest niebywale. Na początku droga jest bardzo wyboista, więc jedziemy powoli. Miejscowi i robotnicy drogowi rozbawieni machają do mnie przyjaźnie. Też do nich macham. A nawet składam ręce i kłaniam się formalnie: Namaskar, jeśli tak mnie witają. Dobre obyczaje obowiązują również na dachu samochodu, nawet jeśli grozi to wyrzuceniem na wybojach.

Potem na asfalcie samochody przyspieszają i robi mi się zimno, ale nie oddam tej euforii za komfort. Bluza i tak jest w pierwszym samochodzie, więc nie ma praktycznego sposobu na jej założenie. Pęd odczuwany całym ciałem i uczucie bezpośredniego kontaktu z drogą i mijanymi miejscami to najpiękniejsza chwila w ciągu kilku ostatnich dni. Kto przesiadł się z jachtu na deskę windsurfingową, wie, o jakim uczuciu mówię. Warto za nie zapłacić obolałą miednicą od uderzeń o pręty bagażnika i przykurczem palców po zejściu z samochodu.

W Manali wpadamy gwałtownie w hałas, tłok, korki, brak miejsca i ludzi ocierających się o siebie na każdym kroku. Pierwsze chwile to szok po bezkresnych przestrzeniach, gdzie nawet domy często stoją sobie w sporych odległościach od siebie, a ludzie mimo przyjaznego nastawienia utrzymują fizyczny dystans.

Następnego dnia idziemy do starego Manali. Od razu rzuca się w oczy, że jest ono –
w odróżnieniu od nowego – nastawione na westów i freaków. I tych nie brakuje. Hipisowskie klimaty, długie włosy, dready, koraliki, pełen luz i dym snujący się nad głowami. Wraca do mnie uczucie z drugiego dnia, ale w innej formie. Gdzie ja roztrwoniłem swoje lata studenckie? Dlaczego mnie tu wtedy nie było? Odpowiedzi są oczywiste i trywialne: wtedy wyjazd za granicę ograniczało szereg formalnych restrykcji i kwestie finansowe. Ale w gruncie rzeczy za nimi stoi sympatia (z odrobiną zazdrości) dla tych wszystkich białych snujących się nieśpiesznie między kafejkami i sklepami z tanimi gadżetami, grających na bębnach, a nawet proszących o drobne rupie na powrót do Delhi. Całości doskonale dopełniają krzaki marihuany dziko rosnące przy drodze i domostwach.

Spędzam dwie lub trzy godziny w sklepie z płytami. Siedzimy sobie naprzeciwko ze sprzedawcą i prościutkim angielskim wymieniamy uwagi o Indiach, Radżastanie, z którego pochodzi, muzyce i pogodzie. Sprzedawca pyta mnie, czy chcę herbaty lub coli. Wybieram colę. Wybiega do sąsiedniego sklepu i przynosi dwie butelki – dla siebie i dla mnie. Wiem, że jest w tym element psychicznego zobowiązania mnie do zakupu, ale nie chcę tego rozpatrywać inaczej niż jako prostego, życzliwego gestu. Jest gorąco, błogo i leniwie. Bardzo dużo płyt z tych, które mi prezentuje, podoba mi się i mam kłopot z wyborem. Ewidentnie ma kolekcję zebraną pod gusty zachodnie, bo gdy pytam o płyty z muzyką z bollywoodzkich filmów, rozkłada bezradnie ręce. Wychodzę z siedmioma płytami i wyczyszczoną kieszenią. Mam już tylko na jedzenie na te ostatnie dwa dni. Zaczynam liczyć po każdym wydatku, ile mi zostało, i jestem tym bardzo rozbawiony.

Ostatniego dnia w Delhi nie mam już pieniędzy, więc nie interesują mnie zakupy. Ale i tak kupuję jeszcze jedną płytę. Rytmy z Pandżabu działają na mnie jak narkotyk. Słysząc je, przestaję jasno myśleć. Muszę się więc zapożyczyć. Andrzej proponuje wizytę w kinie. Dla mnie to świetny pomysł. Zetknę się z pełnometrażowym Bollywood po raz pierwszy i to w takich okolicznościach. Nie można sobie było tego lepiej zaplanować. Przy wejściu do kina przeszukują mężczyzn. Ale nas białych puszczają bokiem wejściem dla kobiet. W sali kręcą się wiatraki poruszające rozgrzane powietrze. Sala reaguje głośnym krzykiem i gwizdami w każdym momencie, gdy przygasa światło z projektora. To rozumiem. Nie rozumiem tylko, dlaczego ten projektor nagle oświetla tylko dolną część obrazu. Przy scenie, gdy jedna z bohaterek wychodzi z autobusu ubrana po zachodniemu w spódnicę niekryjącą kolan, znów podnosi się wrzawa. Ale kilkanaście minut później inna bohaterka wykonuje wyzywający taniec w skromnym stroju pokazującym nie tylko kolana, ale też brzuch i dekolt. Liczyłem na jeszcze większy krzyk. A tu cisza. Za to emocje poniosły salę przy pierwszej scenie bijatyki. Tu nie ma niespodzianek, jeśli chodzi o film. Kung-fu to kanon walki współczesnego kina niezależnie, kto produkuje film, gdzie i kiedy dzieje się akcja. Ale nowa dla mnie jest temperatura odbioru tych walk. Wychodzimy jakoś w połowie, bo całość ma trwać prawie trzy godziny. Trochę liczyłem na więcej śpiewu i tańca, ale zostało to zrekompensowane bollywoodzkim humorem. Ten oparty jest na wypróbowanych wzorcach kina slapstikowego i sprawdza się nawet w warunkach nieznajomości języka. Film wart wydania dwudziestu pięciu rupii.

I znów hala lotniska w Delhi. Wiem, że na pewno tu wrócę. Może jak podrosną dzieci, żeby też mogły doświadczyć tego miejsca. Z pewnością będę próbował zachować część tego miejsca po powrocie do kraju. Wiem, że to co zobaczyłem w sobie w konfrontacji z tym miejscem, tymi obyczajami i tymi ludźmi, nie zdoła się tak łatwo ukryć.

Jak ten poszerzony ja zaistnieję na powrót w Polsce?

Już to wiem, bo piszę to miesiąc po powrocie, ale to jest zupełnie inna opowieść.